O autorze
Samorządowiec od 1990 roku. W latach 2006- 2011 wiceprzewodnicząca rady Warszawy. Założycielka Krajowego Forum Oświaty Niepublicznej. W latach 2007- 2011 szefowa gabinetu politycznego Ministra Edukacji. Od 2007- 2011 członek Zarządu Związku Powiatów Polskich oraz wiceprzewodnicząca Europejskiego Stowarzyszenia Miast i Regionów (CEMR). Obecnie Posłanka na Sejm RP z Warszawy.

MOJE KILIMANDŻARO

Dlaczego wybrałam się na wyprawę trekkingową na Kilimandżaro? Ta góra kojarzy nam się z czymś pięknym, dostojnym i niezwykłym. W lipcu ubiegłego roku senator prof. Alicja Chybicka, która miała już za sobą doświadczenie – wejście na Kilimandżaro z grupą osób po przeszczepie szpiku – zaproponowała parlamentarzystom wyprawę „Parlament na szczyt dla dzieci”. Jej celem było (i jest nadal!!!) zbieranie środków dla pięciu fundacji: Fundacji „Akogo”, Fundacji „Na ratunek dzieciom z chorobą nowotworową”, Fundacji Polsat, Fundacji „Promyk Słońca” i Fundacji Solidarności Międzynarodowej.

W wyprawie udział wzięło 31 osób, w tym pięcioro posłów i troje senatorów. Decyzja o pójściu na Kilimandżaro była dla mnie wyjątkowo trudna, ponieważ zdawałam sobie sprawę ze stopnia trudności tej góry oraz z własnych ograniczeń fizycznych. Słyszałam wiele razy, że Kili to łatwa góra, że wchodzą na nią nawet osoby niepełnosprawne, i że takie wyzwanie to nic takiego. Pewnie od strony technicznej droga wejścia jest w miarę łatwa, ale pod względem włożonego w to wysiłku – szalenie trudna i wejścia na nią nie wszystkim się udaja. Zdarza się nawet, że taka próba kończy się tragicznie – śmiercią. Piękno i trudność tej góry polega na tym, że można mieć dodatkowy sprzęt, tragarzy, a na szczyt i tak się nie dotrze. Potrzebne są determinacja, zdrowie i kondycja fizyczna. Oczywiście trzeba mieć też trochę szczęścia, żeby dobrze przejść aklimatyzację wysokościową.



Właśnie dlatego nasza wyprawa trwała siedem dni. Po wylądowaniu w Tanzanii, następnego dnia wyruszyliśmy z bramy parku Machame (1.900 metrów n.p.m.) do obozu Machame Camp (2.900 metrów). Szliśmy piękną drogą przez deszczowy las, ale już wieczorem czułam spadek tlenu we krwi, podwyższony puls – pierwsze symptomy choroby wysokościowej. Drugiego dnia dotarliśmy do Schira Camp (3.840 metrów) bardzo trudnym szlakiem, ale organizm zaczął się powoli stabilizować. Trzeciego dnia doszliśmy do Lava Tower (na wysokości 4.500 metrów), następnie zeszliśmy do obozu Barranco (3.950 metrów) i tam mieliśmy nocleg. Najpiękniejszym i najtrudniejszym dniem wspinaczkowym był czwarty dzień, pokonanie Barranco Wall, praktycznie pionowej ściany po której trzeba się wspinać. Doszliśmy do obozu Caranga Camp (3.980 metrów) i piątego dnia wyruszyliśmy do Barafu Camp na wysokości 4.550 metrów, gdzie dotarliśmy około południa. Odpoczęliśmy: lunch, kolacja i przygotowanie się na wieczorny atak szczytowy.

Wyruszyliśmy około godziny 23, w obozie została jedna osoba, która z powodu stanu zdrowia nie zdecydowała się na podjęcie próby wejścia. Grupa trzydziestoosobowa wyruszyła na szczyt. Było ciemno, robiło się coraz zimniej, temperatura zaczynała spadać, gwiazdy wydawały się w zasięgu ręki, a długi rząd światełek wspinających się na szczyt różnych ekip wyprawowych robił wrażenie niekończącej się drogi. Po godzinie marszu wszyscy zaczynamy liczyć po 50 kroków i czekamy na komendę przewodnika „stop”, chwila odpoczynku, oddychamy i idziemy dalej. Na wysokości około 5.300 metrów jeden z naszych kolegów musiał wrócić do obozu z powodu pogarszającego się stanu zdrowia.

Im wyżej tym robi się ciężej, mimo specjalnych ubrań wiatr zaczyna przenikać całe nasze ciała. Przed dotarciem do Stella Point znajdującego się na krawędzi krateru (5.730 metrów) widzimy wschodzące słońce, którego promienie, po wychłodzeniu i wyczerpaniu, dają nam nową, niewyobrażalną energię. Docieramy do Stella Point gdzie po raz kolejny odpoczywamy, pijąc gorącą herbatę, regenerujemy siły i robimy wyjątkowe zdjęcia. Ruszamy na szczyt Uhru Peak (5.895 m). Jeszcze ponad godzinę marszu do upragnionego celu. Dociera nas tam 29 osób, towarzyszą nam niepowtarzalne emocje, piękno Afryki obserwowanej z góry oraz biało-błękitny z powodu odbijającego się słońca lodowiec. Jesteśmy tam tylko chwilę – z powodu małej ilości tlenu musimy wracać.

Droga powrotna do Barafu Camp (4.550 metrów) trwała około trzech-czterech godzin, tam odpoczywamy, jemy i schodzimy do Millenium Camp (3.800 metrów), gdzie nocujemy. Siódmego dnia schodzimy około sześciu godzin do Mweka Gate (1.800 metrów), jemy lunch i wracamy do hotelu w Arushy.

Zdecydowana większość naszej grupy to osoby nieuprawiające sportów na co dzień, ani wspinaczek górskich i to jest niesamowite, że mimo to udało nam się pokonać samych siebie. Fakt – mieliśmy szczęcie, że cały czas towarzyszyła nam dobra pogoda trekkingowa, nie padało w czasie wchodzenia.
Wyprawą tą chcieliśmy pokazać, że można – zmagając się z różnymi przeciwnościami losu i własnymi słabościami – pomóc innym, wspierając ich nie tylko finansowo, ale także dając siłę do walki z chorobą i niepełnosprawnością. Akcja trwa nadal, zachęcamy wszystkich do jej wspierania poprzez wysyłanie sms-ów lub zasilanie konta.
Trwa ładowanie komentarzy...