Nowozelandczycy entuzjastycznie przyjęli Polaków – były tłumy witających miejscowych dzieci, flesze reporterów, orkiestra, kwiaty. Dzieci przewieziono do specjalnie zaadaptowanego obozu w Pahiatua, w którym ochotnicy ustroili baraki kwiatami i przygotowali posiłek. Obóz – „Mała Polska” – był skrawkiem ojczyzny na obcej, ale gościnnej ziemi. Było tu polskie przedszkole i polska szkoła, msze odprawiał polski kapelan, działało polskie harcerstwo, a ulice nosiły imiona Kościuszki, Mickiewicza, Piłsudskiego czy Sikorskiego.
W założeniach obóz miał istnieć do zakończenia wojny. Po Jałcie okazało się jednak, że marzenia o powrocie do Polski w kształcie sprzed 1939 roku prysły. Rząd Nowej Zelandii, rozumiejąc sytuację, dał Dzieciom z Pahiatua możliwość pozostania na wyspie. Spośród ponad 830 przybyłych, tylko 45 osób zdecydowało się na powrót do Polski.
Stopniowo, po ukończeniu szkoły podstawowej, młodsze Dzieci z Pahiatua wyjeżdżały do nowozelandzkich gimnazjów, a starsze – do pracy w miastach i na farmach. Obóz zamknięto w kwietniu 1949 roku, ale pamięć o nim pozostała – na terenie, na którym istniał, w 1975 roku uroczyście odsłonięto pomnik, przedstawiający matkę z dzieckiem na okręcie pod żaglem.
Dzieci z Pahiatua, nie zapomniały o swoim kraju. Są patriotami, nie zapomniały ojczystego języka, kultywują narodowe i rodzinne tradycje. Gdy mówią o Polsce, w ich oczach pojawiają się łzy. Kiedy rozmawiałam z nimi, z ich dziećmi i wnukami, też trudno było mi ukryć wzruszenie.
Pojechałam do Wellington na zaproszenie komitetu organizacyjnego głównych uroczystości z okazji 70-lecia przybycia do Nowej Zelandii Dzieci z Pahiatua. Nasza skromna, trzyosobowa delegacja sejmowa (członkowie grupy parlamentarnej Polsko-Nowozelandzkiej) złożyła wieniec pod tablicą w porcie w stolicy Nowej Zelandii. Podczas uroczystego spotkania z Dziećmi z Pahiatua i ich rodzinami przekazaliśmy pozdrowienia od polskich władz, wyrażone m.in. w specjalnym liście pani premier Ewy Kopacz i zapewniliśmy o żywej pamięci o Polakach zamieszkałych w Nowej Zelandii.
Odbyliśmy też wiele rozmów z przedstawicielami władz Nowej Zelandii, zarówno szczebla rządowego, parlamentarnego, jak i lokalnego. Rozmawialiśmy m.in. o tym, jak można pomóc potomkom Dzieci z Pahiatua w zwiększeniu ich zainteresowania przyjazdem do Polski. W rozmowach poruszyliśmy też możliwości wykorzystania – w celach naukowych i społecznych – dokumentów dotyczących m.in. Polonii nowozelandzkiej, znajdujących się w archiwach Nowej Zelandii oraz w zbiorach wellingtońskiej Alexander Turnbull Library. Bo trzeba zrobić wszystko, aby historia polskich dzieci, które znalazły w Pahiatua schronienie po pełnej udręki, wieloletniej wojennej tułaczce, była powszechnie znana nie tylko w Nowej Zelandii, ale także w Polsce.
