Dzieci z „nieludzkiej ziemi”

Historia losów polskich sierot wojennych – Dzieci z Pahiatua – jest w Nowej Zelandii powszechnie znana. Zna ją podobno każdy mieszkaniec tego wyspiarskiego państwa na Pacyfiku. Ale co innego słyszeć albo czytać o nich, a co innego bezpośrednio spotkać się z tymi, którzy jako dzieci przybyli tu 70 lat temu, a także z ich potomkami. Tego spotkania, tych rozmów, nigdy nie zapomnę.

Pahiatua to niewielka miejscowość (ma obecnie ok. 4.000 mieszkańców), położona 160 km od stolicy Nowej Zelandii, Wellington. Stała się znana w całym kraju, ale także poza jego granicami, dzięki polskim dzieciom. Przybyły tu one po kilkuletniej wojennej tułaczce (po deportacji z Polski) przez Związek Radziecki i Persję, dzięki generałowi Władysławowi Andersowi. Na pomysł zorganizowania dla nich pomocy wpadła hrabina Maria Wodzicka, żona polskiego konsula w Nowej Zelandii. Zaczęła od tego, że do swojego projektu namówiła Janet Fraser, żonę nowozelandzkiego premiera. Działania obu pań były na tyle skuteczne, że 31 października 1944 roku premier Peter Fraser osobiście witał w porcie w Wellington przybyłą na pokładzie amerykańskiego statku wojennego „General Randall” grupę 733 dzieci – polskich sierot wojennych – oraz ich 102 opiekunów.



Nowozelandczycy entuzjastycznie przyjęli Polaków – były tłumy witających miejscowych dzieci, flesze reporterów, orkiestra, kwiaty. Dzieci przewieziono do specjalnie zaadaptowanego obozu w Pahiatua, w którym ochotnicy ustroili baraki kwiatami i przygotowali posiłek. Obóz – „Mała Polska” – był skrawkiem ojczyzny na obcej, ale gościnnej ziemi. Było tu polskie przedszkole i polska szkoła, msze odprawiał polski kapelan, działało polskie harcerstwo, a ulice nosiły imiona Kościuszki, Mickiewicza, Piłsudskiego czy Sikorskiego.

W założeniach obóz miał istnieć do zakończenia wojny. Po Jałcie okazało się jednak, że marzenia o powrocie do Polski w kształcie sprzed 1939 roku prysły. Rząd Nowej Zelandii, rozumiejąc sytuację, dał Dzieciom z Pahiatua możliwość pozostania na wyspie. Spośród ponad 830 przybyłych, tylko 45 osób zdecydowało się na powrót do Polski.

Stopniowo, po ukończeniu szkoły podstawowej, młodsze Dzieci z Pahiatua wyjeżdżały do nowozelandzkich gimnazjów, a starsze – do pracy w miastach i na farmach. Obóz zamknięto w kwietniu 1949 roku, ale pamięć o nim pozostała – na terenie, na którym istniał, w 1975 roku uroczyście odsłonięto pomnik, przedstawiający matkę z dzieckiem na okręcie pod żaglem.

Dzieci z Pahiatua, nie zapomniały o swoim kraju. Są patriotami, nie zapomniały ojczystego języka, kultywują narodowe i rodzinne tradycje. Gdy mówią o Polsce, w ich oczach pojawiają się łzy. Kiedy rozmawiałam z nimi, z ich dziećmi i wnukami, też trudno było mi ukryć wzruszenie.

Pojechałam do Wellington na zaproszenie komitetu organizacyjnego głównych uroczystości z okazji 70-lecia przybycia do Nowej Zelandii Dzieci z Pahiatua. Nasza skromna, trzyosobowa delegacja sejmowa (członkowie grupy parlamentarnej Polsko-Nowozelandzkiej) złożyła wieniec pod tablicą w porcie w stolicy Nowej Zelandii. Podczas uroczystego spotkania z Dziećmi z Pahiatua i ich rodzinami przekazaliśmy pozdrowienia od polskich władz, wyrażone m.in. w specjalnym liście pani premier Ewy Kopacz i zapewniliśmy o żywej pamięci o Polakach zamieszkałych w Nowej Zelandii.

Odbyliśmy też wiele rozmów z przedstawicielami władz Nowej Zelandii, zarówno szczebla rządowego, parlamentarnego, jak i lokalnego. Rozmawialiśmy m.in. o tym, jak można pomóc potomkom Dzieci z Pahiatua w zwiększeniu ich zainteresowania przyjazdem do Polski. W rozmowach poruszyliśmy też możliwości wykorzystania – w celach naukowych i społecznych – dokumentów dotyczących m.in. Polonii nowozelandzkiej, znajdujących się w archiwach Nowej Zelandii oraz w zbiorach wellingtońskiej Alexander Turnbull Library. Bo trzeba zrobić wszystko, aby historia polskich dzieci, które znalazły w Pahiatua schronienie po pełnej udręki, wieloletniej wojennej tułaczce, była powszechnie znana nie tylko w Nowej Zelandii, ale także w Polsce.
Trwa ładowanie komentarzy...